Przejdź do treści
Strona główna » Geneza powstania wypożyczalni „Gagatek”

Geneza powstania wypożyczalni „Gagatek”

Wstęp

Na zdjęciu ja, osobiście – oczywiście z rowerem 🙂

Nieee, w tym wieku jeszcze nie śmiałem myśleć, że kiedyś taką wypożyczalnię sobie otworzę. Natomiast na rower już wiedziałem, że trzeba się ładnie ubrać haha i lubiłem „dwa kółka”. Wpis może być trochę długi, ponieważ chciałem zakreślić jakby zarys swojej osoby w kwestii przygód, które zawsze mnie fascynowały 😊

            Teraźniejsze pokolenie dzieci nie powinno narzekać na dostęp do wszelakich atrakcji oraz dwóch kółek (rowery, rowerki biegowe, hulajnogi i wszelakiej maści sprzęty poruszające się na dwóch kółkach), My (40 – sto i 50 – cio latkowie teraz) oraz Nasi rodzice musieli się nakombinować, żeby mieć rower lub taki zdobyć dla swoich pociech. Kto go miał to rządził 😊 ja pamiętam, że jak dostałem swój pierwszy rower to chciałem z nim spać, a BMX przywieziony przez Tatę z Niemiec był spełnieniem marzeń. Aktualnie rower dla dziecka można nawet za darmo z olx – a od kogoś zabrać. Tylko – no właśnie, zawsze jest jakiś haczyk, taki że trzeba nasze pociechy oderwać od otaczającej je elektroniki i pokazać im, że przygoda czeka tuż za rogiem a nie na ekranie smartfona.

Młodzieńcze życie

Nie tylko rower od najmłodszych lat był towarzyszem przygód. Wszelakie wypady w góry, czy nawet jak to teraz pięknie się nazywa „mikroprzygody” fajnie wspominam i cieszyłem się za każdym razem mogąc z rodzicami spędzić czas na łonie natury. Z lenistwa w szkole podstawowej (odległość 1 kilometra z domu) wymyśliłem sobie, że będę jeździł na rowerze bo spacery mnie już męczyły z wypchanym plecakiem. Tak właśnie zostałem pionierem jazdy na rowerze do szkoły 😊 a po mnie to już do tej pory dzieciaki jeżdżą i mają fajne stojaki gdzie mogą sobie zostawić rowerki. Ja swój zostawiałem u dziadków lub w krzakach 😊

            Tak upływało sobie młodzieńcze beztroskie życie gdzie na dwóch kółkach przemieszczałem się szybko pomiędzy boiskiem, szkołą, kolegami, koleżankami, miejscowościami, leśnymi ścieżkami, itd. Przyszedł czas w życiu gdzie odłożyłem ruch na boczny tor (sporadycznie pojawiała się piłka, siłownia, lecz kardio odeszło w niepamięć)

Błędy młodości

Teraz z perspektywy czasu wiem, że był to zły krok, ale młodzieńcze życie rządzi się innymi prawami. Potrzeba czasami kilku lat, żeby spojrzeć wstecz i sobie przypomnieć – jaki ja byłem/am głupi. Oglądasz się wstecz i sam sobie stukasz po głowie 😊 Właśnie, żeby nie było kolorowo to ten rozbrat trwał 7 lat!!! Aż przyszedł czas na coroczne profilaktyczne badania w pracy. Wchodząc ze swoimi wynikami do lekarza jako 20 sto kilkulatek najadłem się sporo wstydu. Dostałem konkretny opierdziel od przedstawiciela służby zdrowia. Stanąłem przed wyborem: albo się zabieram za siebie albo jem tabletki (czego zawsze unikam jak ognia i jest to ostateczność). Kopniak w cztery litery od lekarza bolał. Uświadomiłem sobie, że albo biorę się za siebie albo będę w wieku 40 lat schorowany i narzekał na zdrowie jak „stary dziad”. Uderzyłem się w pierś – rzeczą ludzką jest popełniać błędy, ale trzeba je naprawiać. Mówić o błędach też trzeba głośno, rozmawiać z kimś przychylnym, nie kryć tego w sobie bo to tylko pogłębia nasz marazm. Okej, dość tej filozofii, wracamy do faktów i rzeczywistości 😊Wystarczyły dwie małe rzeczy a w 3 miesiące ten sam lekarz co sprawdzał moje wyniki stwierdził – pięknie Panie Marcinie, ale walcz Pan dalej. Jednym z tych małych kroków było: systematyczny ruch (rower powrócił do łask) trzy razy w tygodniu po godzinie!! To wystarczyło oraz chyba drugi element układanki. Zmiana nawyków żywieniowych, ostrzegam przed słowem dieta bo źle się kojarzy. Ja poszedłem małymi kroczkami. Nie zacząłem od reżimu, że odcinam się całkowicie od poprzednich nawyków. Wystarczy np ograniczyć słodzenie herbaty czy kawy jedną łyżeczką cukru i tak schodzić stopniowo do zera 😊 Nie będę się rozwodził nad tym szczegółowo bo dietetyków i trenerów personalnych co mogą ułożyć plan jest teraz dużo. Ja ich nie potrzebowałem, wystarczy trochę silnej woli i namacalnych efektów w postaci zgubionych kilogramów i poprawy wyników krwi.

Przygody

Po kilku sezonach jazdy na rowerze i wycieczek po górach stwierdziłem, że trzeba coś odmienić i zrobić coś ciekawego. Tak też wpadł mi w 2013 roku pomysł wyprawy rowerowej nad polskie morze z domu (Kocmyrzów). Rower trekkingowy miałem, sakwy jako takie też, tylko brakowało mi kompana/kompanki do jazdy. Taki długi dystans przebywania samemu ze sobą nie służy mi. Dopytałem kolegi z pracy czy nie chciał by się „przejechać” nad morze a z powrotem wrócić pociągiem. Jego odpowiedź była twierdząca 😊 nie miałem wtedy zaawansowanego komputera rowerowego, który prowadził by po wyznaczonej trasie, nie posiadałem również smartfona. Pozostała stara dobra papierowa mapa, na której to opracowaliśmy sobie trasę przejazdu. Omijaliśmy drogi o dużym ruchu samochodów i trasa narysowała się sama. Tak po 4 dniach super podróży dotarliśmy do Stegny, odwiedzając przy okazji Krynicę Morską a przeprawiając się w Mikoszewie przez Wisłę do Gdańska. Wspominam tą trasę do dziś, później jeszcze częściowo ją powtórzyłem oraz poleciłem kilku osobom, które pytając mnie o szczegóły wyprawy dopytywały o ślad, którym się poruszaliśmy.

            W 2014 roku nastąpił przełom rowerowy w moim życiu. Na wakacje wybraliśmy się do Francji, tzw. objazdówka – 14 dni spędzone w tym pięknym kraju. W połowie naszej wyprawy trafiliśmy na urokliwy region jakim jest prowansja. Kraina pachnąca lawendą, żółta od słoneczników i różowa od wina. Region ten kojarzony jest z wieloma atrybutami a jednym z nich jest „gigant Prowansji”, „góra wiatrów”, widoczny z oddali i wznoszący się na wysokość 1912 m.n.p.m. słynny z Tour de France – Mont Ventoux. To właśnie tam pierwszy raz wsiadłem na rower szosowy, który wypożyczyłem w miejscowości Malaucene. Podjazd liczył 21 kilometrów, wyjechałem na samą górę a później odebrałem nagrodę za trud wspinaczki na taką wysokość. Nagrodą był oczywiście zjazd ze szczytu z powrotem do miejsca wypożyczenia, cały zjazd miałem banana na ustach 😊 Po powrocie do domu stwierdziłem, że kupuje rower szosowy. Tak też się stało. Po przeszukaniu portalu ogłoszeniowego, kupiłem swój pierwszy dodam używany rower szosowy.

            W 2015 roku wziąłem pierwszy raz udział w wyścigu szosowym dla amatorów i przyznaje się, że z zerowym doświadczeniem i wytrenowaniem dostałem taki łomot, ale przetrwałem skurcze i dotarłem do mety bardzoooo szczęśliwy i uśmiechnięty. W wakacje zaproponowałem swojemu koledze Jackowi, z którym w 2013 roku pojechaliśmy nad morze, że może wybierzemy się znowu nad morze 😊 Odpowiedział twierdząco. Tak o to po 2 latach przerwy pojechaliśmy do Władysławowa. Jechaliśmy 4 dni dość mocno modyfikując trasę, żeby nie powtarzała się z 2013 roku.

            Pragnę nadmienić, że nie tylko rower to moja/nasza główna aktywność. Bieszczady, Tatry, Beskid Niski to nasze (żona też jest pasjonatką aktywnych podróży) ulubione miejsca gdzie chętnie co roku udajemy się na wypady. Unikamy jak ognia sezonu wakacyjnego, wiosna lub jesień to najlepsza forma turystyki w górach 😊

            Słynne Calpe odwiedziliśmy w 2016 roku robiąc sobie wakacje plażowo rowerowe 😊

            Zwiedzając różne zakątki Polski lub poza granicami kraju zabieraliśmy ze sobą rowery. Jest to doskonały środek transportu pozwalający w sposób powolny zobaczyć te zakątki, których nie widać jadąc samochodem. W 2017 roku przy okazji wypadu na Bałkany „zaliczyłem” na rowerze słynne przełęcze: zapierająca dech w piersiach trasa Transfogaraska i serpentyny w zatoce Kotorskiej. Piękne widoki – polecamy każdemu. Snując z żoną plany na przyszłoroczne wyjazdy wpadliśmy na genialny pomysł, żeby połączyć dwie rzeczy – odwiedzić znajomych oraz wyjechać w góry na rower. Pisząc o górach mam tu na myśli giganty w Alpach, przepiękne przełęcze wijące się z dolin krętymi drogami.

Kropla, który drąży skałę

Kolejny rok obfitował w podróże rowerowe pełną buzią. 2018 rok rozpoczęliśmy czerwcowym wypadem do Włoch. Odwiedziliśmy znajomych, którzy spali u nas podczas Światowych Dni Młodzieży. Poznaliśmy piękny region Włoch, ciesząc się znakomitym towarzystwem a czas upływał na zwiedzaniu oraz delektowaniu się kuchnią włoską – mammamija jakie to wszystko było pyszne. Po naładowaniu się pysznościami przemieściliśmy się do pięknego Bormio, skąd już blisko na najsłynniejsze podjazdy Europy. Na pierwszy dzień wybór padł na Stelvio – tak, to słynne Passo dello Stelvio, druga najwyżej położona przełęcz w Europie a wznosząca się na wysokość 2758 m.n.p.m. Ruszyliśmy z samego rana by po kilku godzinach dotrzeć na zaśnieżony szczyt. Do tej pory wspominam pyszną bułkę z wurstem i strudla na szczycie 😊 pełni emocji zjechaliśmy do bazy gdzie uzupełniliśmy energię pizzą 😊 drugi dzień również był zaplanowany ambitnie – Passo di Gavia 2621 m.n.p.m. Ja, jak to często bywa, wpadłem na głupi pomysł, że przed śniadaniem ze wschodem słońca pojadę na Passo Foscagno 2291 m.n.p.m. Na śniadanie wróciłem robiąc piękne zdjęcia 😊 Czas na Passo di Gavia. Po śniadaniu wybraliśmy się na kolejną przełęcz, dwudziestokilkukilometrowa wspinaczka dała ostro w kość, ale widoki jakie przetaczały się podczas jazdy rekompensowały trudy jazdy. Dzień zakończony oczywiście pizzą. Jedząc wpadłem na kolejny pomysł. W trzeci dzień postanowiłem wstać skoro świt i pokonać Passo dello Stelvio z dwóch stron 😊 tak o to trasa Bormio – Stelvio – Prato – Stelvio została w mojej pamięci jako największa Bomba jaką zaliczyłem w kolarskim życiu do tej pory. Co ważne podczas tego wyjazdu rozmawialiśmy o sytuacji: a co by było gdybyśmy mieli dzieci? Czy moglibyśmy zrobić takie rzeczy? Nie zastanawiając się długo odpowiedziałem, jasne że tak, techniczne możliwości podróży z dziećmi istnieją – trzeba tylko chcieć.

Kolejne przygody

Zbliżały się wakacje a planów nie mieliśmy na urlop. Czasami spontaniczne pomysły są najlepsze. Zapytałem Dominiki: „jesteś już taka wytrenowana po tych Alpach i tyle tych kilometrach zrobiłaś na rowerze, może byśmy pojechali z sakwami nad polskie morze?” na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Wyruszyliśmy razem w podróż na totalnym wyluzowaniu. Nie spiesząc się w 5 dni pokonaliśmy trasę do Jantara zwiedzając piękne regiony Polski i poznając super ludzi.

Po rocznej wyprawie nad morze gdy nadeszły wakacje w 2019 roku mieliśmy głód wyprawy rowerowej a pomysłu zaplanowanego brak. Wpadł nam szybko do głowy plan na spontaniczną jazdę na wschód Polski – do Białowieży 😊 trasę wymyślaliśmy sobie z dnia na dzień, zwiedzając śliczne zakątki wschodniej Polski. Na blogu jeszcze opiszę tą wyprawę bo naprawdę warto zobaczyć te część naszego pięknego kraju. W październiku zaplanowaliśmy wypad na Majorkę 😊 głównie po to żeby pojeździć na rowerach, poplażować i pozwiedzać tą piękną wyspę. Robi wrażenie, piękne plaże, cudowne drogi wijące się serpentynami wśród lasów. To co mi się najbardziej tam podobało to szacunek dla rowerzystów!!! nikt nie wyprzedzi Cię na trzeciego, nie ochrzani o to że asfalt jest tylko dla samochodów (no chyba, że trafi się jakiś „cwaniaczek polaczek”, który zawsze ma coś do powiedzenia nawet gdy nie ma racji). Majorkę polecam z całego serca – jest super. Tam też zaczęliśmy poważnie myśleć właśnie nad sytuacją, co by było gdybyśmy mieli dzieci? Jak wyglądałyby nasze podróże na rowerze? Czy trzeba się już zamknąć w domu i przez parę lat nie wychodzić? Od razu wygooglowałem przyczepkę rowerową i pokazałem żonie – popatrz takie coś załatwia sprawę kompleksowo 😊

Skała wydrążona przez kroplę 🙂

Rok pandemiczny trochę pokrzyżował plany wakacyjne, jak zresztą chyba większości ludzi. My nie zrezygnowaliśmy z wycieczek pieszych i rowerowych. Góry i lasy stały się fajną odskocznią, również zaliczyliśmy krótki wypad nad polskie morze, zabierają ze sobą rowery. Koniec roku obrócił życie o 180o, urodził się nam syn 😊.

            W kolejnym roku na wiosnę kupiliśmy przyczepkę Thule Lite oraz hamaczek, nie od razu małemu M. przypadł do gustu nowy środek transportu, ale po kilku razach przekonał się do niego i tak w maju jeździł już z nami po okolicach i zaliczył swój pierwszy wypad nad morze gdzie zwiedzał okoliczne miejscowości w przyczepce 😊Już na tym etapie życia wiedziałem, że założę działalność z wypożyczaniem sprzętu turystycznego bo to fajna rzecz a takich jest naprawdę mało. Pomysł był, środki finansowe pozostawały wielką niewiadomą.

„Różowy” wyścig

W maju 2022 roku poszliśmy na całość, tzn. spakowaliśmy się do naszego samochodu i udaliśmy się do Włoch w Dolomity. Tam spędziliśmy 5 dni w pięknych okolicznościach przyrody. Nasz wyjazd głównie oparty był o słynny kolarski wyścig Giro d’Italia a dokładnie o jego ostatnie etapy. „Różowy wyścig” okazał się strzałem w dziesiątkę, ubraliśmy nasz wózek w odpowiednią kolorystykę i ruszyliśmy na etapy rozgrywane w górach. Kulminacją naszego kibicowania był podjazd pod słynne Passo Pordoi. 2239 m.n.p.m. (Cima Coppi edycji 2022). Nasz kolorowy wózek wzbudzał niemałe zainteresowanie gdy wspinaliśmy się we czwórkę na szczyt 😊 kilka zdjęć z tego wyjazdu widnieje na stronie wypożyczalni. Przy okazji wspomniano o nas na antenie Eurosportu, ponieważ Dominika napisała tweeta do redakcji i wysłała zdjęcie naszego „karawanu”, komentatorzy życzyli mi wszystkiego najlepszego z okazji urodzin 😊. Spełniłem na tym wyjeździe też swoje marzenie – cały dzień spędzając w górach na rowerze, jeżdżąc po słynnych przełęczach, 150 km i 4000 m przewyższenia 😊 polecam.

W 2023 roku zaczęliśmy już jeździć rowerem z wózkiem dwu osobowym 😊

Sentencja 🙂

Wspomnę jeszcze o naprawdę niezliczonych, krótkich wypadach w góry, ścieżki, dolinki, trasy, mikroprzygodach pieszych i rowerowych. Wyścigach szosowych, w których biorę udział corocznie. Do tej pory dwóch ultramaratonach rowerowych, które przejechałem: „Wisła1200” i „Poland Gravel Race”. Było tego sporo i nadal pewnie będzie 😊. Myślę, że kilka lat doświadczeń podczas różnych eskapad zaowocowało otwarciem wypożyczalni i nie jestem osobą „oderwaną” od tematu 😊 Ważne, że teraz dwójka dzieci towarzyszy nam w aktywnym spędzaniu czasu.     

Otwierając wypożyczalnie sprzętu do aktywności wspólnej „Gagatek” chciałbym żebyście zobaczyli jak spędzaniu czasu razem, potrafi zacieśniać więzi i budować zaufanie. Oferta jest skierowana głównie do rodzin z dziećmi, ale wypożyczyć bagażnik na rower czy namiot może sobie każdy. Budować i podtrzymywać wspólne relację trzeba w każdym wieku 😊